Gdy rewolucje skłaniają Cię do jednej zmiany – zmiany zawodu.

Nie każda zmiana jest zmianą na lepsze. Kolejny rząd – kolejna rewolucja w szkolnictwie. Pracuję w tym zawodzie drugi rok. Temat edukacji w Polsce zaczął interesować mnie w trakcie studiów, jakieś 5 lat temu. Jest to krótki okres, a wystarczy, żebym mogła powiedzieć: „te wszystkie rewolucje skłaniają mnie do jednej zmiany – zmiany zawodu.” Nie wynika to z tego, że czuję się w nim źle, czy też nie radzę sobie. Jest wręcz przeciwnie:
- pochwały ze strony Dyrekcji trzech placówek publicznych, w których pracowałam (do tego stopnia, iż Pani Dyrektor przedszkola, w którym miałam okazję pracować, chce mnie zatrudnić na stałe w swojej placówce od przyszłego roku, mówiąc: „nie chcę słyszeć odmowy”);
- uwielbienie i szczera miłość ze strony uczniów i przedszkolaków (czy trzeba tu cokolwiek tłumaczyć?);
- słowa uznania ze strony ich rodziców i wiecznie powtarzane „szkoda, że musi Pani odejść”.
Minister Edukacji Anna Zalewska, zapowiedziała ogłoszenie zmian w systemie edukacji. Byłam psychicznie przygotowana na wielką rewolucję, która miała nastąpić dnia 27.06.2016 r. Kiedy nadszedł ten moment, miałam mieszane uczucia. Tłumaczyłam sobie, że przecież wszystko zostało przeanalizowane, wziął w tym udział sztab ludzi i masa specjalistów. Pomyślałam o tym, że sama nie wspominam mile czasu gimnazjum i może likwidacja tych placówek nie jest wcale zła? Zaczęłam udzielać się na nauczycielskich forach, analizowałam wypowiedzi koleżanek i kolegów po fachu i zastanawiałam się, dlaczego tak negatywnie są nastawieni. Powinno się liczyć to, co dla uczniów będzie najlepsze, a przecież zmiany mają do tego prowadzić, tak? Jednak przyszedł moment, w którym zwątpiłam. Właściwie, skąd mamy wiedzieć, co będzie dla nich najlepsze? Tak naprawdę o tym, czy gdzieś jest dobrze, nie decyduje miejsce, a ludzie. To nauczyciel – jego podejście, pasja oraz wiedza – mają wpływ na to, jak uczniowie się czują. Myślałam, że zmiana miejsca jest stresująca, jednak to nie prawda. Życie jest ciągłą zmianą, wiecznym podejmowaniem decyzji i to może wzbudzać strach. Przypomniałam sobie, co było największym problemem, w czasie mojej edukacji…

Zaczęłam naukę w szkole podstawowej, kiedy jeszcze liczyła osiem klas. Wtedy nastąpiła wielka rewolucja – trzeba oddzielić maluchy od dzieci starszych! – powstały gimnazja. Nie rozumiałam, co to wszystko ma znaczyć i jaki jest tego cel, ale wiedziałam, że coś się zmienia. Ogromnym szokiem było dla mnie przejście do klasy czwartej. Pani, która nas głaskała i przytulała, chroniła przed całym złem świata, musiała zostawić nas – swoją klasę i trafiliśmy w ręce wielu, różnych nauczycieli. Do tego doszły nowe przedmioty, każdy miał inne wymagania. Był to moment, w którym drastycznie zaczęły pogarszać się moje oceny. Myślałam: „to wina czwartej klasy” – pierwszy błąd. Prawda jest taka, że w edukacji wczesnoszkolnej, nauczyciel jest trochę jak rodzic. Przychodzi moment, w którym przestaje patrzeć obiektywnie. Widzi starania, docenia je, oceny są celujące, dzieci stają się pewne siebie, nawet jeśli nie wkładają w to wysiłku. Przestaje się od nich wymagać, wierzcie mi – wiem to po sobie i swoich uczniach. Przy gorszych wynikach, nauczyciel edukacji wczesnoszkolnej szuka przyczyny, współpracuje z rodzicami, nie śpi po nocach lub tłumaczy „miał/a gorszy dzień”. W czwartej klasie to ulega zmianie i stąd pojawia się szok. Nauczyciel, który przebywa w klasie rzadziej, ma do przekazania konkretną wiedzę i materiał, nie podchodzi do ucznia tak emocjonalnie. I uważam, że jest to zdrowe podejście. Dzieci muszą być samodzielne, muszą umiejętnie radzić sobie z sytuacjami stresującymi. Jeśli cały czas będziemy prowadzić je za rękę, nie dadzą sobie rady w życiu dorosłym. Aktualnie panuje trend bezstresowego wychowania. Rodzice i nauczyciele dmuchają i chuchają, otaczają dzieci światem bajek i udają, że życie jest piękne, łatwe i kolorowe. Jaś dorasta w tym przekonaniu, po czym leczy się na depresję, gdy jest już Janem, który boleśnie zderzył się z rzeczywistością. Podsumowując – ten nagły szok, wywołany przejściem z klasy trzeciej, nie jest winą samego jej ukończenia i spotkania z większą liczbą nauczycieli. Problemem nie jest to, że nagle od uczniów się zaczyna wymagać i podchodzi się do nich obiektywnie. Cały mankament tkwi w tym, że wcześniej tego nie było. Podchodziło się emocjonalnie i niczego nie wymagano.
Koniec nauki w podstawówce. Z jednej strony, czułam ulgę, ponieważ miałam problem z porozumieniem się z rówieśnikami w klasie. Z drugiej strony, trzeba było zdać egzamin i dostać się do „najlepszego gimnazjum w mieście”. Pamiętam, jak mama wyrywała sobie włosy z głowy w poszukiwaniu tej szkoły, która będzie odpowiednia. Chciałam iść do szkoły plastycznej, ale słyszało się tylko o tym, jak kiepski jest w niej poziom nauczania (cokolwiek to znaczy). Posłuchałam, więc starszych, mądrzejszych i jak ten osiołek – poszłam tam, gdzie wyniki są najlepsze. Szybko przekonałam się, że ten cały „poziom nauczania” to bujda. Jakby mnie ktoś teraz zapytał o cokolwiek z fizyki lub chemii, zdziwiłby się, jak niski poziom wiedzy można przedstawiać. Nauczyciele zmieniali mi się z tych przedmiotów kilkakrotnie. Każdy „nowy” wchodził ze swoją wiedzą, innym podejściem i wymaganiami. Czasem informacje przeczyły sobie wzajemnie, ale zdarzało się, że były powtarzane kilkakrotnie. W mojej głowie panował na tych przedmiotach tylko chaos i niezrozumienie. Jednak każdy odpuszczał – przecież liczy się tylko ocena na świadectwie, nikt nie będzie sprawdzał wiedzy z tych przedmiotów na koniec szkoły.
Liceum. Dopiero wtedy wybrałam pierwszą, lepszą szkołę. Właściwie był to zbieg okoliczności i zwykły przypadek. Jednak okazało się, że może być znacznie lepiej w szkole, która reprezentuje „gorszy poziom”. Przede wszystkim atmosfera. Nie było tego wyścigu szczurów, z którym spotkałam się w gimnazjum. Zawarłam prawdziwe przyjaźnie i przekonałam się, co to znaczy „mieć zgraną klasę”. Poza demotywującą nauczycielką z biologii, uczyli tam ludzie, do których miałam zaufanie i chęci do nauki.

Dziś myślę sobie, ile rewolucji przeszli ci wszyscy nauczyciele. Myślę o tym, że właśnie czeka ich kolejna, kiedy już oswoili się z poprzednią. Nabrali wprawy i stali się specjalistami. Wielu z nich, uczy w gimnazjum i liceum jednocześnie. Myślę o Dyrektorach tych szkół, którzy wprowadzali programy naprawcze, psychologów i pracowali nad jakością edukacji oraz tym, by uczniowie czuli się dobrze. Przechodzili sprawnie kontrole z kuratoriów, co chyba świadczy o tym, że w tych szkołach wcale nie jest tak tragicznie? Myślę o NASZYCH pieniądzach, które zostają na to wydawane, kiedy w szkołach czasem brakuje papieru toaletowego. Myślę o wszystkich tych, którzy stracili pracę, bo skończyły im się umowy i po prostu nie znaleźli zatrudnienia (więc można powiedzieć, że Pani Minister ma rację mówiąc, że zwolnień nie będzie) oraz tych, którzy zrezygnowali, bo coś stanęło na przeszkodzie, by spełnić nowe wymagania MENu. Myślę o tym wszystkim i… Ja nie chcę takiego życia dla siebie: walki z wiatrakami, użerania się z systemem, zmian po każdych wyborach parlamentarnych. Wiem, że to wszystko demotywuje i odbija się na psychice człowieka. Gasi tych, którzy przychodzą do pracy z zapałem. To odbija się na uczniach, bo nauczyciel jest tylko człowiekiem. Jesteśmy zdolni do zmian, ulegli, pokorni. Chcemy dobrze i stawiamy ucznia ponad siebie. Ale nie jesteśmy pieprzonymi robotami!
Właśnie jestem w dziewiątym miesiącu ciąży. Czeka mnie rok urlopu macierzyńskiego. Jest to czas moich przemyśleń i podejmowania decyzji. Prawdopodobnie, zacznę naukę w innym kierunku. Wiem, że mogłabym temu wszystkiemu podołać i byłabym w stanie to zrobić. Nie jestem tylko pewna, czy warto. Po co? Pięć lat pracować na to, by zarabiać tyle, ile dostawałam po kilku miesiącach pracy w hotelu? Nie spać po nocach i martwić się niesłusznymi zarzutami ze strony rodziców ucznia? Szkolić się, studiować, robić awanse zawodowe, by po kolejnych wyborach okazało się, że to wszystko na nic? Szukać zrozumienia i wsparcia w rodzinie i przyjaciołach, którzy mówią: „pracujesz 20 h tygodniowo, masz wakacje i Ty uważasz, że to ciężka praca?!”. Dziękuję. Postoję. Jest mi tylko szkoda:
- czasu, który poświęcałam dziennym studiom, kiedy inni zarabiali i pracowali na dzisiejsze sukcesy;
- stresu, który przechodziłam po każdej umowie na zastępstwo i czekania na telefon, z jakiejkolwiek placówki, bo „kredyt się sam nie spłaci”;
- awansu zawodowego, który właśnie kończę;
- pracy z dziećmi, których uśmiech wynagradza całe zło świata;
- uczniów, którzy przejdą przez kolejne zmiany, by za kilka lat ktoś stwierdził, że ten system nie działa jak powinien;
- nauczycieli, którzy po raz kolejny dają nabić się w butelkę, wierząc w to, że tym razem „może będzie lepiej”;
- dyrektorów szkół, na których będzie się zrzucało całą odpowiedzialność za niepowodzenia wynikające z nieudolności naszego rządu;
- studentów pedagogiki, którzy naiwnie wierzą w to, że jest w tym sens.

Opublikowano dorosłość, dziecko, edukacja, marzenia, nauka, sens, szkoła, zmiany | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Macierzyństwo, ciąża – czyli prawdziwa szkoła przetrwania ;)

Miałam się brać za świadectwa, ale wpadł mi do ręki artykuł, który zainspirował mnie do wpisu. Praca, nie zając – jak to mówią, a z weny trzeba korzystać :D

Zacznijmy od początku. Ciąża jest dziwnym okresem dla kobiety. Choć może to ja jestem trochę dziwna, bo nie podchodzę do niej, jak większość. Ciągle słyszę:

1. „Korzystaj z tego, że możesz się jeszcze wyspać/wypocząć” – ludzie, ja od dobrych paru lat nie znam pojęcia  „nudzić się”, „błogie lenistwo”. Odkąd pamiętam, doba jest dla mnie za krótka, a tydzień ucieka w oka mgnieniu. Moment, w którym trafiam na L4 i jestem zmuszona do robienia „niczego”, jest dla mnie prawdziwą męczarnią. Po drugie, od grudnia nie przespałam ani jednej nocy! Jak nie budzi Cię pęcherz, to głód albo niewygodna pozycja we śnie. Mam wierzyć w to, że teraz będzie trudniej? Już jestem przerażona rokiem macierzyńskiego – brak pracy, obowiązków poza domem itd. Na szczęście, mam już dobry plan na ten czas :) Wypocząć? Wyspać się? Uwierzcie, że jest to niemożliwe, kiedy: od poniedziałku do piątku, codziennie wstaje się do pracy, a następnie wykonuje się obowiązki z nią związane; robi się staż i trzeba trochę nad tym przysiąść; remont Twojego mieszkania trwa w najlepsze, co wiecznie Cię absorbuje; zaczynasz zastanawiać się i organizować wyprawki, ciuszki, smoczki i inne pierdoły; widzisz więcej, niż czubek własnego nosa i z chęcią pomagasz innym; masz obowiązki domowe itd.

2. „Mogę dotknąć Twojego brzucha?” – dla osoby takiej jak ja: ceniącej swoją prywatność i wolność osobistą, z lekką fobią na punkcie bakterii – jest to najgorsze, co może usłyszeć. Z drugiej strony, uprzejmość i brak asertywności, każą mi zacisnąć zęby i odpowiedzieć „OK”, bo jak już ktoś pyta, to w ogóle jest ekstra. Niektórzy podchodzą do Ciebie i nagle po prostu zaczynają Cię macać O.o Zauważyłam, że taki fetysz istnieje głównie u kobiet. Trochę tego nie rozumiem. Szczególnie jak słyszę przy tym „chcę się zarazić”… W szkole nie uczą, że do tego trzeba partnera, a nie ciężarnej?!

3. „Jak Ty jeszcze dajesz radę pracować w ósmym miesiącu ciąży?!” – a no, czasem też się zastanawiam, ale po prostu – daję radę ;) Siedząc na L4 pewnie bym bez przerwy sprzątała, gotowała, jadła i szukała miliona innych zajęć. Wydaje mi się, że praca w szkole przynajmniej zmusza mnie do wysiłku umysłowego i pozwala zaoszczędzić trochę energii.

4. „Zatęsknisz za tym stanem!”- to zdanie mnie naprawdę martwi. Świadczy o tym, iż będzie tylko gorzej, bo nie wiem, co fascynującego jest w tym, że:
- dwukilogramowe dziecko Cię bije – jak nie żołądek, to wątroba…
- Twoją sprawność fizyczną, można porównać do formy emeryta;
- przychodzi moment, w którym czujesz, że się toczysz, a nie chodzisz;
- Twoje ulubione ciuchy leżą na dnie szafy, a Ty ubierasz na siebie worki po ziemniakach;
- nogi Ci puchną, tkanka tłuszczowa odkłada się wszędzie, powstają rozstępy;
- temperatura powyżej 25 °C sprawia, że czujesz się jak w saunie;
- problemy z oddychaniem sprawiają, że masz wrażenie, iż najwyższy czas podpiąć się pod respirator;
- mogłabyś jeść i spać, jeść i spać, a i tak będziesz wiecznie głodna i zmęczona. Do tego, wiecznie słyszysz uszczypliwe komentarze na ten temat.

5. „W ciąży powinnaś/nie powinnaś” – te teksty „kocham” najbardziej… Szczególnie dlatego, że nie lubię jak ktoś mi mówi, co powinnam, a czego nie. Do tego, wierzę w to, co jest potwierdzone naukowo, a nie w doświadczenia cioci Heli. Tym bardziej, że każdy ma swoją teorię i przepis na wszystko. Ponadto, wbrew pozorom, wykształcenia nie kupiłam na targu, a informacji na temat prawidłowego przebiegu ciąży było na studiach sporo. Chętnie też sięgam po książki, chodziłam do szkoły rodzenia. Nie powiem, chętnie rozmawiam, wymieniam się doświadczeniami, wyciągam wnioski i analizuję. Jednak nie lubię, jak ktoś mnie traktuje jak debila, tylko dlatego, że mam swój wiek i jeszcze nie rodziłam.

Ok, skończyłam ;) To jest zwykle ten moment, w którym społeczeństwo Cię wyklucza z kręgu „normalnych”, bo jak to tak można?! Nie zachwycać się stanem błogosławionym? Po drugie, ktoś by powiedział „wszystko na własne życzenie” – i miałby rację. Z tym, że wcale nie narzekam. Generalnie, podchodzę do tego na dużym luzie i z dystansem :)

Podobnie jest z wychowywaniem dzieci. Jest cała masa metod wychowania, książek, poradników czy opinii. Rodzice moich uczniów nieraz mówią: „Pani jeszcze nie wie, ale się Pani przekona, jak będzie Pani miała swoje”. Nie żebym miała wpływ na wychowanie 46 uczniów; kilkudziesięciu przedszkolaków; 4 młodocianych Niemców; kuzynów, kuzynki, brata itd. Oczywiście, nie mam też umiejętności obserwowania, myślenia, wyciągania różnych wniosków, a z ludźmi na ten temat w ogóle nie rozmawiam :P Przecież to bycie rodzicem, czyni Cię nadczłowiekiem. Tymczasem, ja nie wnikam w czyjeś metody. Każdy ma swoje, bardziej lub mniej sprawdzone i każdy ma do tego prawo. Pewnie z rodzicielstwem, będzie podobnie jak z ciążą. Zresztą, już nieraz miałam starcia spowodowane różnicą zdań w tej kwestii. Zdaję sobie sprawę z tego, że bycie matką zmieni mój światopogląd. Przede wszystkim, będę musiała już zawsze myśleć i mieć na uwadze tą małą istotkę. Świadomość z zagrożeń i mocne uczucie względem dziecka, na pewno nieraz będzie mi zabierać sen z powiek.
Wracając do artykułu, osobiście uważam, że Kristina ma rację, mówiąc rodzicom, że rodzicielstwo i przyjaźń wykluczają się ze sobą. Nie jest to dla mnie nic odkrywczego i niezwykłego, sama tak działam. Dzieci nie wchodzą mi na głowę, zwracają się z szacunkiem, czasem są obrażone, a jednocześnie szczerze i bez krępacji – lubią mnie. U wielu rodzin obserwuję przekroczenie tych granic i widzę moment, w którym rodzice po prostu sobie nie radzą. Historia Carlosa, naprawdę zrobiła na mnie wrażenie. Postępowanie jego mamy, bardzo mi zaimponowało. Ludzie strasznie się boją opinii innych, zastanawia ich, co ktoś pomyśli/powie. Niewielu odważyłoby się przyznać przed światem, że „moje dziecko postąpiło źle”. Rodzice uwielbiają wybielać swoje pociechy i nie dopuszczają do siebie uwag na ich temat. Uważam, że warto to przeanalizować i wyciągnąć wnioski :)

Opublikowano dorosłość, dziecko, rodzina, wyzwanie | Otagowano , , , | 2 komentarzy

W buty sobie wsadźcie te Wasze programy rządowe.

Mam 26 lat. Wkrótce zostanę mamą i wiecznie mam pod górkę. Nie wynika to z tego, że jestem życiową niezdarą. Najzwyczajniej w świecie, naiwnie wierzę w to, że przyjdzie moment, w którym Państwo naprawdę wesprze swoich rodaków. Tak się jednak nie dzieje i na ten moment jestem przerażona wizją mojej przyszłości i tego, co czeka moją córkę. Mówi się o tym, że „dzisiejsza młodzież jest roszczeniowa”. Narzeka się na to, że wyjeżdżają za granicę. Czy ktoś w ogóle analizował, dlaczego tak jest? Próbował wejść w nasze buty?

Całe życie wmawiają Ci, że po ukończeniu szkoły z najwyższymi stopniami, czeka Cię świetlana przyszłość. Przez cały okres edukacji, przygotowują Cię do egzaminów mających decydować o Twoim życiu, przyszłości i dalszej edukacji. Starasz się jak możesz, zdobywasz wykształcenie, dostajesz się na dzienne studia licencjackie. Weekendami się nie cieszysz, bo dorabiasz za marne grosze – zrobiłaś prawko i marzysz o wozidle, które zaoszczędzi Twój czas poświęcany dojazdom na Uczelnię, a w międzyczasie decydujesz się jeszcze na studium kosmetyczne – kolejne doświadczenie? Nie zaszkodzi. Kończysz studia z całkiem dobrymi wynikami  – choć łatwo nie było. Na koniec okazuje się, że to samo wykształcenie mogłaś otrzymać zaocznie w jakiejś szkole prywatnej, gdzie miałabyś możliwość się usamodzielnić i rozpocząć normalną pracę wcześniej. Nie byłam taka sprytna, na studia niestacjonarne nie miałam finansów. Jednak nie żałuję, bo skończyłam Kolegium Nauczycielskie, które wzbogaciło moje doświadczenie, wiedzę i umiejętności. Dziś pracuję w zawodzie i nie mam obaw w wykonywaniu go. Niestety, Kolegia zlikwidowano i osobom, które chcą wykonywać zawód nauczyciela, pozostają Uniwersytety, czy też prywatne uczelnie. Uważam, że jest to ogromna strata.
Kończysz studia. I co dalej? Postanawiasz sprawdzić swoje siły za granicą. Znajdujesz ogłoszenie: Au Pair – zamieszkanie u niemieckiej rodzinki, której należy pomóc przy opiece nad 4 synami, czasem coś sprzątnąć i ugotować, w zamian za lokum, naukę języka i 300€ miesięcznie.  Myślisz sobie „fajnie, co mi szkodzi”. Podejmujesz decyzję i ze strachem jedziesz w nieznane. Kierowca zaczyna opowiadać historię, jak to tydzień wcześniej zawiózł dziewczyny mające tak pracować i słuch o nich zaginął. Zaciskasz zęby, szukasz wsparcia w rodzinie i otrzymujesz je – na miejscu spotykasz się z ciocią, która mieszka 30 km od miejscowości, do której się wybierasz i ocali Cię przed całym złem świata :). Na szczęście, okazuje się, że nie ma takiej potrzeby. Niemiecka rodzinka jest całkiem sympatyczna, masz gdzie spać, dostaniesz coś do jedzenia, chłopcy to prawdziwe słodziaki. Z czasem okazuje się, że to wszystko nie jest takie proste – wysokie wymagania z ich strony, brak szacunku do Twojej pracy i przede rozczarowanie – dziećmi opiekujesz się najmniej, przede wszystkim przyjechałaś tu: sprzątać, gotować, mieć na oku ich dziadka, czasem też babcię z demencją starczą. Do tego dochodzi przebywanie z dala od rodziny i przyjaciół, samotność. Zdajesz sobie sprawę z tego, że 300€ to niewiele. Znajdujesz sobie prace dorywcze: sprzątasz u Hindusów 2 razy w tygodniu, opiekujesz się kolejną dwójką dzieci u sympatycznej Niemki, a w soboty sprzątasz dom u pewnego małżeństwa. Przy okazji stawiasz na siebie. Poznajesz swoje słabości, uprawiasz sport, czytasz, malujesz, piszesz itd. Po zaoszczędzeniu pewnej kwoty, wykorzystujesz moment i wracasz do Polski.
Rozpoczynasz pracę w renomowanym hotelu jako recepcjonistka. To dopiero szkoła życia. Ludzie, których tam spotykasz często są wymagający i niemili. Zmienia się Twój światopogląd, bo masz wrażenie, że wszyscy wokół zdradzają i nie ma w tym świecie miejsca na miłość. Do tego dochodzą wymagania ze strony przełożonych. Są momenty, w których masz do ogarnięcia recepcję, restaurację i musisz pomóc pokojówkom. Zdarzają się klienci, którzy myślą, że mogą Cię kupić. Trafiasz na „gwiazdy”, które będą Cię poniżać. Narażona jesteś na sytuacje niebezpieczne – jak ktoś nie grozi, że Cię zabije, to ktoś inny wiesza się kilkadziesiąt metrów od Ciebie.
W międzyczasie, szukasz mieszkania. Najtańszego, do remontu, z przetargu. Jeździsz, oglądasz, bierzesz udział w licytacjach. Pojawia się rządowy program MDM – dopłacą Ci za mieszkanie z rynku pierwotnego. Znajdujesz swoje wymarzone 56 m2, podpisujesz umowę przedwstępną z deweloperem, płacisz mu zaliczkę i zaczynają się bezsenne noce, przepełnione obawami i strachem. Starasz się o kredyt hipoteczny. W pojedynkę nie masz na to szans. Wspomagają Cię rodzice, którzy stają się współkredytobiorcami i przez najbliższe 18 lat są równie bardzo uziemieni jak Ty. Ostatecznie MDM nie zostaje Ci przyznany. Dostajesz kredyt na najgorszych warunkach, ale cieszysz się, że nie stracisz zaliczki. Mieszkanie trzeba wyremontować i jeszcze nie wiesz, że przez najbliższe dwa lata, nie będziesz mieć na to hajsu.
Dostajesz ofertę pracy w przedszkolu prywatnym. Podejmujesz wyzwanie, w hotelu przechodzisz na pół etatu. Wkładasz ogromny wysiłek w to, by zadowolić obydwu pracodawców i jesteś w stanie powiedzieć, że wreszcie finansowo nie jest najgorzej. Zaczynasz robić awans zawodowy. Po dwóch miesiącach dostajesz wypowiedzenie z przedszkola – „mamy niewystarczającą liczbę dzieci, nie stać nas na Panią”. Z ratunkiem przychodzi poczciwy hotel, który przyjmuje Cię z powrotem na pełny etat. Jesteś wkurzona, smutna i rozczarowana. Jednak kredyt sam się nie spłaci. Udaje Ci się znaleźć pracę w szkole, która okazuje się wyzwaniem niczym z filmu „Młodzi gniewni.” Rezygnujesz z pracy w hotelu. Wynagrodzenie nauczyciela, ledwo wystarczy na podstawowe opłaty, a do tego panuje ogólny hejt w stronę tego zawodu. Po kilku miesiącach, otrzymujesz kolejne pół etatu w przedszkolu i znowu możesz powiedzieć, że jakoś się kręci. Przychodzi moment, w którym praca na zastępstwo się kończy – zarówno w szkole, jak i w przedszkolu. Przy czym, w drugiej placówce, ratuje Cię jeszcze fakt, iż funkcjonuje ona w wakacje. Mimo wszystko, oszczędności zjedzone zostają przez opłaty za mieszkanie i naprawę samochodu.
Zaczynasz pracę dorywczą w hostelu, dostajesz posadę w świetnej szkole. Uczysz w klasie sześciolatków, którzy są naprawdę uroczy, a ich rodzice okazują się niezwykle sympatyczni. Atmosfera w pracy jest bardzo miła. Wiesz jednak, że nie zagrzejesz  tam długo miejsca. Zmienia się ustawa w sprawie dzieci sześcioletnich, w związku z czym, na drugi rok na pewno nie utworzy się odpowiednia ilość klas (120 uczniów do klas pierwszych na całe miasto). Będą zwolnienia. Zachodzisz w ciążę, która przynosi Ci spokój pod tym względem – w tym roku nie musisz się martwić o miejsce pracy. Jednocześnie, zwalniają Cię z nadgodzin, nie możesz już dorabiać w hostelu. Postanawiasz ukończyć staż, w związku z czym, nie przechodzisz na L4. Rząd rzuca świetny program 500+! I tak się na niego nie załapiesz, bo zarabiasz zbyt dużo…

Na przyszłość: zastanów się, zanim powiesz, że „ktoś ma fajnie, bo…”. Weź pod uwagę to, że matki/nauczyciele/ludzie młodzi nie proszą się wcale o jakieś durne programy, więc bądź uprzejmy/a nie gderać jak to im dobrze i nie zachowywać się, jakby każda z tych osób była Twoim życiowym wrogiem. Nie zazdrość osobie, która ma więcej niż Ty, bo być może osiągała to latami i z ogromnym wysiłkiem – nie każdy ma zawód córka/syn.

Opublikowano dom, dorosłość, dziecko, marzenia, przyjaźń, rodzina, sens, wyzwanie, życie | Otagowano , , , , , , , , , | Skomentuj

Dystans podstawą egzystencji.

Łatwy dostęp do informacji sprawia, że coraz mniej umiemy cieszyć się życiem. Powstaje coraz więcej dziwnych kłótni i zgrzytów. Mamy na świecie samych „specjalistów”, którzy wiedzę czerpią „z internetów”. Zaczyna mnie to niepokoić i coraz częściej odbija się czkawką.
Mam wrażenie, że idąc do przychodni, ludzie mają już swoją diagnozę, którą sobie wygooglowali. Podważają lata nauki i praktyki biednego człowieka, bo wg Wikipedii, objawy wskazują na inną chorobę, niż stwierdził lekarz. Stawiają go w złym świetle i publicznie wyrażają zniesmaczenie. Przez myśl im nie przejdzie, że mogą się mylić i bardzo szkodzą jego rozwojowi zawodowemu.
Ten sam problem, pojawia się w szkolnictwie. Mogę śmiało powiedzieć, że to temat rzeka. Niejednokrotnie, rodzice wiedzą lepiej, próbują pouczać, doradzać. Powstają strony, które podważają autorytet nauczycieli, czego wynikiem są niepotrzebne zgrzyty. Nikt nie zastanawia się, czy publiczne ujawnianie wpisu nauczyciela, nie może mieć  negatywnych skutków w jego pracy. Efekt jest taki, że podcina się skrzydła tym, którzy jeszcze mają siły i chcą coś zmienić.
Ludzie ogólnie jakoś tak… Coraz częściej spinają się nad wszystkim, nie potrafią wyluzować. Nie pozwalają sobie na popełnianie błędów. Przed podjęciem jakiegokolwiek kroku, czytają, analizują, zastanawiają się, edukują. Z jednej strony, fajnie. Jednak wydaje mi się, że na dłuższą metę, to może wykończyć. Sama jestem perfekcjonistką. Mimo wszystko, mam świadomość, że nie będę specjalistą w każdej dziedzinie. Pozbywam się chęci zrobienia wszystkiego jak najlepiej. Powoli wrzucam na luz, pozwalam sobie na popełnianie błędów i naprawianie ich.
Doszło do tego, że sama ciąża bardzo często jest okresem pełnym obaw i oczekiwaniem na kolejne badania, które rozwieją wątpliwości. Nie ma miejsca na radość, zwykłą radość. Okazuje się, że szkodliwa jest wiedza na temat tego: jakie istnieją choroby, jakie konsekwencje może mieć błąd popełniony w czasie tych dziewięciu miesięcy, jaki wpływ mają urazy okołoporodowe itd., itp. Kobieta żyje w stresie i obawie, zamiast cieszyć się ze stanu błogosławionego. Każde kolejne badanie, na którym okazuje się, że wszystko jest ok, zrzuca kamień z serca… ale tylko na chwilę. „Przecież za miesiąc kolejne badanie, przez te 30 dni tak wiele może się stać!” Badania prenatalne – to przecież konieczność! „Jak to, nie chcesz wiedzieć, czy wszystko jest okej?!” Wybór lekarza – przecież musi być najlepszy! Wybór szpitala – „Co?! Chcesz rodzić w tej umieralni?! Nie czytałaś, że kiedyś tam..?!” Zakupy… Fotelik musi mieć atesty. Łóżeczko, koniecznie wygodny materac! „Nie zapomnij o zakupie monitora oddechu, chyba słyszałaś o śmierci łóżeczkowej?” Staje się przed wyborem dobrego przedszkola, najlepszej szkoły w okolicy, świetnej pływalni i niepowtarzalnego klubu sportowego.
Analogicznie jest w każdej, innej dziedzinie – zdrowa/niezdrowa żywność; urządzanie mieszkania; zakup zwierzęcia itd. Nie ma miejsca na radość i cieszenie się chwilą. Jednak prawdą jest, że im mniej się wie, tym lepiej się śpi. Na pewno jest wtedy o wiele mniej zmartwień, przy czym, 90% „dotyczy rzeczy, które nigdy się nie zdarzą”.

Opublikowano dorosłość | 1 komentarz

„Nie znam klucza do sukcesu, ale kluczem do porażki jest próbować zadowolić wszystkich”

Czego nauczyły mnie ostatnie miesiące? Dostosowywania się do społecznych norm, spełniania czyichś oczekiwań i obniżania własnych – w myśl zasady „Nie oczekuj zbyt wiele, a nie będziesz rozczarowany.” I jeśli miałabym teraz podać swoje postanowienie na rok 2016, to właśnie dziś powiedziałabym „pierdolić to”. Nie czuję się sobą, działając w taki sposób, sorry.
Chciałabym. Chciałabym być książkową mamą, żoną, panią domu. Jak 75% domowych kurek, zaciskać zęby, gdy mąż krzyczy, że zupa jest za słona i uśmiechać się sztucznie do sąsiadek. Być zrozumianą, dzięki temu przez społeczeństwo – no bo przecież.. Taki los. Chrzcić dziecko – bo wypada, bo jak to tak i co ludzie powiedzą. Nazywać je tak, by innym ładnie brzmiało. Mówić „nic się nie stało, kochanie”, gdy partner znów coś nawywija i lecieć do niego z kolacją.
Ale to moje życie. Próbowałam się dostosować, żyć jak inni, obniżyć swoje ambicje i zadowolić się substytutami. Jednak to nie dla mnie. Dlatego, że ja chcę, aby moja córka nazywała się Pola – nawet jeśli to imię nie podoba się całemu światu. I nie chcę, aby ktoś miał prawo decydować za nią, jaką religię będzie wyznawać i chrzcił ją, kiedy jeszcze nie potrafi powiedzieć nic na ten temat i nie ma porównania – nawet, jeśli rodzina ma mnie wydziedziczyć. I chcę cholernego psa z moich snów, żeby móc rozwijać swoje dziecięce marzenia i robić w życiu to, co kocham – nawet jeśli miałoby się okazać, że będę przez resztę życia mieszkać w baraku. Chcę być słuchana, kiedy mówię, a nie tylko słyszana bez zrozumienia. Chcę kochać mocno, z całych sił, jak tylko najmocniej się da – nawet jeśli, potem miałabym cierpieć. Chcę związku, w którym nie ma samotności i smutku. Nie chcę działać wbrew sobie. Tylko nie jestem pewna, czy to nie jest zbyt samolubne, gdy trzeba decydować nie tylko o swoim życiu, ale również małej istoty, która rozwija się wewnątrz Ciebie.

Opublikowano dom, dorosłość, dziecko, marzenia, rodzina, sens, życie | 2 komentarzy

W szkole tego nie uczą, w domu nie dają przykładu.

Wpis od lipca czeka na publikację, ale jest cholernie trudny dla mnie.

Doświadczenie jest wiedzą lub umiejętnością, które zyskujemy przez to, co nas w życiu spotkało. Możemy również uczyć się na czyichś błędach, ale najważniejsze lekcje wyciągamy ze swoich własnych. One nas kształtują. Nie wiem, dlaczego nikt nie zawarł tych informacji w programie nauczania. Dlaczego, nikt nie mówił, jak w rzeczywistości wygląda ten świat. Ale może to i dobrze? Może nie byłabym w stanie unieść tej wiedzy, będąc dzieckiem?
Temat tabu - ”głęboki i fundamentalny zakaz kulturowy, którego złamanie powoduje spontaniczną i niejednokrotnie gwałtowną reakcję ze strony ogółu przedstawicieli tej kultury, gdyż jest przez nich odbierane jako zamach na całą strukturę tej kultury i jej integralność, a więc jako zagrożenie dla dalszego istnienia danego społeczeństwa” (Wikipedia). Czy naprawdę musimy to robić? Nie mówić, nie pytać, nie wnikać? Dla własnej wygody i bezpieczeństwa?

Jest wiele tematów, których się nie porusza ogólnie. Jest wiele spraw, o których dowiadujesz się, gdy Cię spotkają. Ludzie najzwyczajniej w świecie, są tak stadnymi istotami, że boją się odtrącenia. Czy słusznie?
Jednym z przykładów jest rozwód. Ludzie wokół chwalą się pierścionkami zaręczynowymi, zdjęciami z zaślubin, foteczkami z podróży poślubnych. I fajnie. Dobrze, że dzielą się swoim szczęściem, bo ono daje nam nadzieję na lepsze jutro, kiedy wali się nasz świat. Nie wiem tylko, dlaczego rozwodzą/rozstają się po cichu. Przecież to tak samo ważna zmiana w naszym życiu. Dlaczego ludzie uznają rozwód/rozstanie jako życiową porażkę? Przecież nawet w najgorszym związku są miłe wspomnienia, prawda? Może czas, aby porzucić myśl „co ludzie powiedzą?” Być może, nie będą gadać, gdy my będziemy. Może będą mówić, ale przynajmniej nie będą siać plotek.

Kolejnym tematem tabu, są zdrady. Jest ich mnóstwo dookoła, a słyszy się o nich głównie od poszkodowanych, zdradzonych osób. Być może, dlatego wiemy, że gdzieś tam są, ale mamy wrażenie, że nas nie dotyczą. Gówno prawda. Problem w tym, że o nich nie mówimy otwarcie. Zainteresowanym polecam artykuły:

http://40cztery.blox.pl/2015/04/Statystyki-zdrady.html


http://matkazonaiklopoty.mamadu.pl/120241,o-ty-winna-i-zla-o-tym-jak-zdradzaja-kobiety

I ostatni temat – poronienie. Taki, najbardziej osobisty. Obserwujemy znajomych, którym rodzą się pociechy. Oglądamy ich zdjęcia w internecie. Słyszymy o ciążach planowanych i wpadkach. Wydaje nam się, że zajście w ciążę, to kwestia wyboru. Otóż, niezupełnie tak jest. Z mojego punktu widzenia, trzeba mieć szczęście.
Staraliśmy się o dziecko od jakiegoś czasu. Udało się może po sześciu miesiącach. Postanowiliśmy, że podzielimy się tą informacją, tylko z najbliższym gronem znajomych. Studiowałam pedagogikę, znam realia: donoszenie ciąży, urodzenie zdrowego dziecka, wychowanie go na porządnego obywatela – to cud; jesteś dorosłą, zdrową osobą, która czyta ten artykuł – jesteś cudem. Z posiadaną wiedzą, przewidywałam, jak może się to skończyć. Szczęśliwy dzień: dwie kreski na teście, pęcherzyk na USG – radość. Znajomi, rodzina – wszyscy zareagowali entuzjastycznie. Jednak niedługo po tym, trzeba było przekazać, że to nieaktualna informacja. I tu reakcja: „nie wiem, co powiedzieć”, „tak mi przykro”, następnie temat się urywa i nie pojawia nigdy więcej. Staje się cholernym tematem tabu i świat wypiera informację, że jeszcze niedawno mogło się pojawić nowe istnienie. Zostajesz sama. Szybko musisz ułożyć nowy plan na życie, trzymasz się go i patrzysz przed siebie. Pocieszasz się tym, co mówią lekarze – poronienia zdarzają się nawet kilkakrotnie w życiu każdej kobiety, a ona nie zdaje sobie sprawy, że kiedykolwiek była w ciąży. Organizm sam odrzuca słabsze, źle rozwijające się zarodki. I po prostu, musisz żyć dalej tak, jakby nigdy, nic się nie stało.


http://annagorska.mamadu.pl/118705,ten-problem-to-nasz-problem


http://ankagrzywacz.mamadu.pl/119233,poronienie-to-nie-wstyd-mowmy-o-tym

Opublikowano Bez kategorii, dom, dorosłość, marzenia, rodzina, sens | Otagowano | Skomentuj

Kiedy przestaliśmy walczyć o to, na czym naprawdę nam zależy?

Zabawne, ale poniższy wpis jest z lutego. Coś mnie oderwało w połowie i całkiem o nim zapomniałam. Mimo wszystko – dalej na czasie.

#Walka.
Dobrze pamiętam moment, w którym poddałam się ja. Moment, w którym uznałam, że walka o cokolwiek nie ma sensu. Nie rozumiałam wtedy jeszcze, że walczę o niewłaściwą(e) osobę(y), ale walczyłam też między innymi o wykształcenie. Pamiętam, kiedy poszłam do „kochanej” dr B., aby poinformować ją, że wygrała i rezygnuję z kierunku. I właśnie wtedy, osoba, która w moim odczuciu, chciała mnie zniszczyć, powiedziała, że dam sobie radę i właściwie jestem niezła. Dałam – choć nie było łatwo. Czy było warto? Dziś robię to, co lubię. Przede wszystkim, nie mam problemu ze znalezieniem pracy w zawodzie i słyszę pochwały. Być może sam zawód mnie zawiódł. Nie wiedziałam, że jest tak niewdzięczny i nikt braw mi bić nie będzie, a jedynie będą zacierać ręce w oczekiwaniu na potknięcia. Choć jest szansa, że za parę(naście) lat usłyszę „dziękuję”. Liczyłam na to, że zmienię system i dzieciom przekażę pewne wartości. Ciężko mówić o wartościach w świecie, w którym nie ma wzorców. Ale prawdopodobnie jest jeszcze zbyt wcześnie, żeby to oceniać w taki sposób. Tym bardziej, że nie mam wystarczająco wielu lat doświadczenia, żeby od razu dokonywać cudów. Ile mnie to kosztowało? Poczekaj, muszę się zastanowić… Pamiętam, że dużo. Jednak przy ważeniu zysków i strat, szala przechyla się chyba na stronę pierwszego. Podsumowując – było warto. A wiem, że to jeszcze nie koniec.
#Ludzie.
Ciężko zliczyć, jak wiele bliskich osób przewinęło się przez moje życie. Za to wiem, że każda z nich zostawiła po sobie ślad. To oni mieli na mnie wpływ. Pokazywali, co jest ważne. Uczyli, o co nie warto walczyć. I nie musieli mi nieraz nic mówić, nie musieli robić tego świadomie. Prawdopodobnie, nie mają dziś pojęcia, że ich życie w ogóle miało wpływ na moje. Być może widzę zbyt wiele, może wystarczająco albo jestem zwyczajnie naiwna – czas to zweryfikuje. Pamiętam, że przyszedł moment, w którym przestałam o nich walczyć. Cierpiałam mówiąc „people always leave”, jednak nie zastanawiałam się nad tym, co oni myślą na ten temat. Sądzę, że wielu z nich miało podobne przeżycia i poddało się razem ze mną. Tak drogi się rozeszły, każdy poszedł w swoją stronę. Nieraz zdarzało się tak, że w pewnym momencie drogi schodziły się ponownie. Czy ten czas spędzony osobno był zmarnowany? A może tak miało być? Ciężko powiedzieć. Niektórzy wrócili jako całkowicie inne osoby i już nic nie było jak wcześniej, pozostały tylko wspomnienia. Czasem jednak przechodziło się do porządku dziennego i śmiało się z przeszłości, a teraz tworzy się dalszą przyszłość. Być może o wartościowe osoby nie trzeba w ogóle walczyć, a jedynie dbać o to, by nie zniknęły z naszego życia, bo i one postąpią tak samo. Martwi mnie to, jak wielu ludzi odpuszcza przyjaźń, miłość z błahych powodów, choć nie ukrywam, że obydwa słowa stały się dla mnie abstrakcyjne.
#Pieniądze.
Wiem, że gdyby mocno mi na nich zależało, mogłabym ich mieć wystarczająco, jak nie ponad miarę. Bywało, że nawet o nie walczyłam. Za często jednak widzę, co robią z ludźmi. Dziś nie mają dla mnie takiego znaczenia. Są bezwartościowe. Podobnie jest z przedmiotami. Jednak one mimo wszystko rządzą światem. Obserwuję, jak ludzie tracą rodziny i bliskich, by się dorobić. Jak gdyby niczego nie uczyli się z bajek. Przekonałam się, że życie bez nich jest trudne. Jednak wydaje mi się, że to wyłącznie nasza wina – mamy dużo, chcemy więcej. Analizowałam ostatnio ten temat, rozmawiając z dwojgiem starszych ludzi, których wiozłam na lotnisko. Przyznali, że kiedyś było inaczej, bo wszystkiego było po prostu mniej. Zdobywało się jedzenie, jak ktoś chciał mieć telewizor, musiał wydać kilkumiesięczną pensję, mieszkania były tańsze, ale czekało się na nie 5 lat. I może dlatego, ludzie nie tracili siebie… Pomijając fakt, że rozwodnicy byli odrzucani przez społeczeństwo – widzę w tym starszym małżeństwie siłę wsparcia i uczucie, których nie dostrzegam wśród 3/4 rówieśniczych, „świeżych” par.
#Kraj.
Myślałam, że mi na nim nie zależy i kiedyś nie walczyłabym o niego wcale. Dziś widzę, jak znika na moich oczach poprzez ilość emigracji. Sama mieszkałam za granicą. Nie było łatwo. Jednak dziś nie uważam tego za akt odwagi, a tchórzostwo. Każdego dnia narzekamy na to, jak jest w naszym państwie. Jednak niewiele dla niego robimy. Nie walczymy o to, o co kiedyś toczono walkę na śmierć i życie. Łatwiej jest wyjechać lub godzić się na to, że jest tak, a nie inaczej. Mimo wszystko, widzę pewne zmiany i znam ludzi, którym los Polski nie jest obojętny. I to mnie cieszy.

Opublikowano Bez kategorii, dom, dorosłość, marzenia, przyjaźń, sens | Otagowano | 6 komentarzy

„I że Cię nie opuszczę, aż do śmierci” – Hashimoto.

Ostatnio nie pragnę niczego więcej, niż czuć się dobrze. Ciągłe zmęczenie, senność, głód, włosy wyciągane garściami, poczucie zimna,  brak sensu istnienia, brak zrozumienia.. Wszystko zaczęło się ponad rok temu, kiedy to wypisano mnie ze szpitala ze słowami: „Pani stan zdrowia nie pozwala na przeprowadzenie zabiegu. Ma pani problemy z krzepliwością krwi” Nie miałam pojęcia, co znów jest grane. Pół roku wcześniej, usłyszałam, że coś nie tak jest z moją trzustką, przedtem leczyłam się na wrzody żołądka, miałam przeróżne diety spowodowane IBS, prostowałam przegrodę nosową, aby pozbyć się ciągłego kataru, często dopadały mnie przeziębienia i łatwo poddawałam się wirusom i bakteriom. Walczyłam ze wszystkimi objawami, stosowałam diety, brałam leki, słuchałam o tym, że jestem hipochondryczką – sama już się nad tym zastanawiałam, ale nie mogłam przecież wymyślić sobie złych wyników badań, bólu, mdłości.. Trzeba było znów  wybrać się do lekarza. Na szczęście, nie musiałam się borykać z NFZ, ponieważ firma zapewniała nam leczenie prywatne.  Zrobiono mi mnóstwo badań, zadano miliony pytań, przepisywano leki ze sterydami. Każda kolejna wizyta powodowała u mnie strach – „Co znów znajdą? Może warto przestać ich odwiedzać?” Odebrałam wyniki badań, poszłam do internistki, miałam zapodać sobie ostatnią dawkę szczepienia na WZW B, usłyszałam: „Z takimi wynikami, nie możemy pani zaszczepić, nikt nie podejmie się nawet tego, by dać pani znieczulenie, musimy podjąć leczenie, trzeba zrobić kolejne badania, nie może pani zajść w ciążę przez najbliższy rok. Wszystko wskazuje na nadczynność tarczycy (plus inne zdania, z których nie zrozumiałam niczego)” Skierowano mnie na USG brzucha, nie wiedziałam dlaczego. Po powrocie do domu, wygooglowałam wyniki, padło hasło m.in. „białaczka”, zrozumiałam, że USG ma wskazać czy narządy nie są powiększone.  Długo zwlekałam z wizytą u lekarza, byłam przerażona, nie chciałam słyszeć takiej diagnozy. Na szczęście, nie usłyszałam. Skierowano mnie do endokrynologa, przepisano leki mające zahamować palpitacje serca, z którym się borykam od dłuższego czasu. I tak się leczę od kwietnia i będę do końca życia (na szczęście alergia na główny lek mający poprawiać mój stan zdrowia, już minęła). Aktualnie muszę znów się wybrać na badania (niestety, już z NFZ), trzeba sprawdzić czy nadczynność nie przechodzi w niedoczynność, by móc ją znów przekierować na nadczynność i tak w kółko. Przy ostatniej wizycie, dowiedziałam się, że to nie jest tak do końca nadczynność tarczycy, a jej zapalenie, zwane Hashimoto (plus znowu kilka zdań, których nie zrozumiałam i jakaś informacja o Gravesa-Basedowa). Poinformowałam o ukłuciach w klatce piersiowej, które ostatnio zaczęły mi towarzyszyć i bólach stawów, z którymi też się borykam. „Jeżeli poczuje pani takie ukłucie, proszę wziąć pół Propanololu dodatkowo (tabletka na serce), ale trzeba to kontrolować z ciśnieniem. Pani ciśnienie jest ogólnie bardzo niskie, a tabletki powodują jego obniżanie.” – na to się na pewno nie piszę, biorę je raz dziennie (sporadycznie 2 razy, wg zaleceń) i tyle wystarczy, by występowały skutki uboczne typu: osłabienie, uczucie zmęczenia, mdłości, zawroty głowy i inne. Heh, zawsze miałam wrażenie, że mój organizm robi mi na złość. Działa tak, żebym czuła się wiecznie źle. I okazało się, że coś w tym jest – choroba autoimunnologiczna, mój układ odpornościowy walczy z moim własnym organizmem. Z jednej strony, dobrze wiedzieć, że nie jestem jednak nienormalna i nie wymyślam sobie chorób na zawołanie. Z drugiej strony, chciałabym mieć więcej informacji na ten temat, więcej rozumieć i po prostu czuć się dobrze, wrócić do formy. Kiedyś uprawiałam sport codziennie, jeszcze niedawno potrafiłam biec z siłowni na basen, a potem jeszcze wybrać się na rolki. Nie spędzałam czasu w domu, przed tv, czy komputerem. Aktualnie, największym sportem dla mnie, jest dziesięciominutowy spacer do pracy i z powrotem. Śpię w nocy, drzemię za dnia i ciągle czuję się zmęczona, ostatnio doszły bóle głowy. Czuję się otępiała, nie umiem zebrać myśli. Tęsknię za jasnością umysłu i mnóstwem energii. Jednocześnie wkurzam się na siebie, bo wokół mnie panuje bałagan, którego ostatnio nie potrafię ogarnąć, wolę wybrać się do restauracji lub głodować, bo nie umiem znaleźć w sobie siły, by ugotować obiad. Mam nową pracę, którą uwielbiam, ale wymaga ode mnie dużego wysiłku, ciągłej pracy na najwyższych obrotach, siły i dużej porcji energii. Jest to praca z dziećmi, wreszcie pracuję w zawodzie. Obawiam się, że przyjdzie dzień, w którym nie będę w stanie wykrzesać z siebie tyle, ile daję teraz. A dobrze wiem, że mogłabym dać z siebie więcej.
Czekam, aż leki zaczną mi pomagać. Czekam na moment, w którym usłyszę „może pani spokojnie założyć rodzinę”. I czekam na to, aż poczuje się wypoczęta i odprężona.

Opublikowano dorosłość, Hashimoto, marzenia, rodzina, sens, zdrowie, życie | 6 komentarzy